Tak, abym nie zapomniał
Pewien zamożny człowiek zdecydował się pojechać na safari w Afryce. Zabrał ze sobą ulubionego psa. Pewnego dnia pies pobiegł za motylami i zgubił się. Wędrując po dżungli, zauważył lamparta, wyraźnie głodnego.
- O, w mordę, ale wpadłem! - pomyślał pies i w tym momencie zobaczył, że wokół na ziemi leżą jakieś kości. Natychmiast siadł przy nich zwrócony plecami do napastnika. Lampart skradał się cichutko, już miał skoczyć i zaatakować, gdy pies krzyknął głośno:
- Kurczę, to był naprawdę pyszny lampart. Ciekawe, czy jest ich tu więcej?
Słysząc to, lampart po cichu cofnął się w zarośla i uciekł, gratulując sobie:
- Fiu, fiu! W ostatniej chwili udało mi się zwiać. Ten pies prawie mnie miał.
Tymczasem małpa, która oglądała całą scenę z drzewa, postanowiła wyprowadzić lamparta z błędu. Opowiedziała mu, jak było naprawdę. Lampart wściekły, że dał się nabić w butelkę, krzyknął:
- Dalej, małpo, skacz mi na plecy i wracamy. Zobaczysz, co zrobię temu cwaniaczkowi.
Pies zauważył lamparta z małpą na plecach i domyślił się, czemu wracają. Usiadł plecami do napastników i udawał, że ich nie widzi. Kiedy byli wystarczająco blisko, pies krzyknął:
- Gdzież u licha jest ta małpa?! Nikomu już nie można wierzyć. Wysłałem ją pół godziny temu, by przyprowadziła mi innego lamparta i nadal nici z obiadu!
Pani kazała przygotować dzieciom historie z morałem, które opowiedzieli im rodzice. Pierwsza jest Małgosia.
- Moi rodzice hodują kury na mięso. Kiedyś kupili dużo piskląt, już liczyli, ile zarobią, ale większość piskląt zdechła.
- Dobrze, Małgosiu, a jaki z tego morał?
- Nie licz pieniędzy z kurczaków, zanim nie dorosną, tak powiedzieli rodzice.
Następny opowiada Mareczek:
- Rodzice mają kurzą fermę. Kury zniosły dużo jaj, rodzice liczyli, ile zarobią, ale z większości jaj wykluły się koguty.
- Dobrze, Marku, a jaki z tego morał?
- Nie z każdego jajka wylęga się kura.
Kolej na Jasia (pani łyka valium):
- Dziadek Staszek podczas wojny był cichociemnym. No i zrzucali go na spadochronie do Polski. Miał mundur, stena, sto naboi, nóż i butelkę whisky. Pięćdziesiąt metrów nad ziemią zauważył, że leci w środek niemieckiego garnizonu. Szkopy już go zauważyli, więc dziadek Staszek wychlał całą whisky naraz, żeby się nie stłukła, na dwudziestu metrach odpiął spadochron i spadł między Niemców. I tu dawaaaj! Dziadek pruje ze stena! Niemcy walą się na ziemię jak afgańskie domki! Juchy więcej niż na filmach z Arnoldem. Z osiemdziesięciu ubił i skończyły mu się pestki, to wyjął nóż i kosi Niemców jak Boryna zboże. Na trzydziestym klinga poszłaaa, resztę dziadek zarąbał z buta i uciekł.
W klasie konsternacja. Pani - w spazmach mimo zażycia valium - pyta:
- Śliczna historyjka, ale jaki morał?
- Też taty pytałem, a on na to: ,,Nie wkurzaj dziadka Staszka, jak se popije''.