Cisza

..nastała w moim pokoju.

A to wszystko dzięki odpowiedniemu dopasowaniu sprzętu. Odpowiednia obudowa, z odpowiednim zasilaczem; do tego właściwy wiatrak na procesorze i na karcie graficznej... W tej chwili słychać praktycznie tylko moją barracdę 7200rpm.

AddThis Social Bookmark Button

Sliding Perfection

takie hasło jest napisane na opakowaniu.. Icemat Black 2nd jest moja!

To 750 cm2 hartowanego szkła podkładki dla mojej myszy (Logitech MX700)! Hie hie hie yik yik yik! Ale będzie wypas. No teraz to sobie mogę pograć wreszcie sensownie w Wolfensteina, UT czy Quaka.

Dopisek: z innych haseł jest "looks damn cool".. szczera prawda ;)

AddThis Social Bookmark Button

Komuniści

Dziś komuniści (w zasadzie jedna komunistka) idzie do kościółka po raz pierwszy uczestniczyć w komunii.. i niech wyjdzie to jej na dobre. Będę stał przy niej twardo (hehe.. szczęśliwy tatuś; co z tego że chrzestny?) - choć moje doświadczenia z instytucją są raczej.. niespecjalne.

AddThis Social Bookmark Button

Stronka

Przerobiłem stronkę wejściową http://gilusiowy.net/. Może przypadnie do gustu...

Mam z nią tylko jeden problem: po najechaniu na któreś (moje) zdjęcie mój kochany Firefox rysuje dziwną poziomą kreskę - jakby mu się coś w tym lisim łebku mieszało.. Może jutro to zrobię...

Uuaaaaach.. spać.

AddThis Social Bookmark Button

Wszyscy mają pomarańczowe, mam i ja!

Dziś. Przyszła. Z Helionu. Paczka. For me. Zawierała 1 tytuł. Jest pomarańczowa. Ogniście pomarańczowa. To "Projektowanie serwisów WWW - Standardy Sieciowe" autorstwa Jeffrey'a Zeldmana. GutGutGutGutGutGut...

A teraz!... Niech rozpocznie się czytanie! ... i do łóżka :)

AddThis Social Bookmark Button

Górki

W majowy wekend pojechałem z grupą przyjaciół w górki. Tak gdzieś pomiędzy Zakopanem a Krościenkiem. A gdzie - nie powiem ;)

Cały wyjazd rozpoczął się w piątek. Droga nasza wiodła przez Kraków.. tak naprawdę chciałem wrócić do Krakowa w dwóch celach: zobaczyć stare miasto w dzień (bo widziałem tylko późnym wieczorem) i zjeść w meksykańskiej restauracji. Niestety jeden z nas przerodził się w straszliwego marudę, co tylko chodził i gadał "no chodźmy jeść i jedźmy dalej".. wyraźnie było widać, że chce się dorwać do tych 5 litrów wódki z bagażnika :) Niczego nie zmienia fakt, że był po jakichś 4 piwkach..

Burrito i tacos było pyszne. Na lody jednak nie starczyło nam czasu (patrz maruda). Jeno co, to udało się cyknąć kilka fotek.

Gdy dotarliśmy wreszcie do celu i rozpakowaliśmy się, nadszedł czas na usiąście i naplumkanie się piwem. Kto powiedział, że piwo pite siedząc na podłodze nie smakuje? Przyznać się..

Wieczór, ach wieczór.. butelki z wódką zaczęły pękać jedna za drugą. Jak się okazało górski klimat nie wszystkim służy do picia (mi na przykład) i pojawiają się dziwne problemy żołądkowe zabraniające dalszego picia. Shit.. Mimo wszystko każdy był wcięty, a niektórzy pijani. Z tego okresu jest spooro zdjęć, nie wszystkie nadające się do publicznego pokazu ;)

Następnego dnia, koleżanka ubzdurała sobie, że będzie oglądać wschód Słońca (były chmury i gówno było widać) i pobudziła nas o godzinie 5:05. Myśleliśmy, że ją rozszarpiemy. Przez calutki dzień każdy jej dogadywał (typu "no tak, chciałoby mi się teraz łazić, gdyby jakaś *szuja* nie obudziła mnie o 5). Śniadanie zatem mieliśmy po 6, a o 8 dwóch kumpli nie nadawało się już do życia (wypili prawie 0.7 wódki). Krótka dżemka i spacerek. Daleko nie doszliśmy, bo jedna z dziewczyn ma nieco chore kolano i po prostu nie wytrzymała. Jednakże akurat mijaliśmy przepiękną polanę (znów fotki!) i na niej się zatrzymaliśmy. Spędziliśmy tam prawie 2h jedząc kanapki, pijąc piwo, niektórzy łażąc po drzewach, a jeszcze inni puszczając bąki i bekając.
Część z nas (ja i dziewczyny) wróciliśmy do wynajętego domku, a 2 kumpla zostało sobie jeszcze na polance. Jak się okazało posnęli się (bez koszulek) a jak wrócili to chyba żaden z nich nie mógł się dotknąć na brzuchu (na wysokości ok. 1000m npm słonko mocniej doskwiera). Jeden w ogóle udaru dostał i łaził szczękając zębami; do tego jęczał "tu mnie boli", "przecież widzisz, że nie mogę się ruszać", "ałałała to boli bardzo mnie" (patrz maruda) - normalnie 6-latek :D Wieczór spędziliśmy grając w karty, pijąc piwo i wódkę. Było raczej głośno, bo aż gospodyni (mieliśmy wynajęte całe piętro) przyszła nas uciszyć...

W niedzielę wstawanie było już raczej normalne. Tego dnia byliśmy zdolni i zdecydowani udać się gdzieś w góry :) Udaliśmy się na przystanek busów by podjechać sobie na Polanicę (droga do Morskiego Oka). Nasz kierowca okazał się być z piekła rodem! Na Polanicę biegł bowiem prawym pasem korek długi na ponad 5 km. A nasz kierowca (wrzeszcząc "cego sie pchos!") jechał lewym pasem! Czasami musiał uciekać na prawy, bo by go z naprzeciwka rozwałkowali - ale on się nawet policji nie bał; tak tak, policja nas zatrzymała - a on tylko nawrzeszczał na policjanta.. po czym jak odjechali znów wydarł do przodu lewym pasem. Najfajniejszy był moment, gdy stojąc na prawym pasie lewym (w kierunku "pod prąd") minął nas autokar i zaraz za nim inny bus. Oczywiście niewiele się zastanawiając nasz kierowca zrobił "piiiii" i ruszył pędem za nimi ;) W ten sposób za autokarem przejechaliśmy chyba z kilometr! Wynikowo okazało się, że drogę przebyliśmy w 0.5h podczas gdy średni czas przejazdu innych wynosił ok. 3h :D

Na Polanicy standardowe łażenie po ichnich kramikach i oglądanie standardowego turystycznego chłamu. Wreszcie kupiliśmy bilety na wejście do TPN i heja pod górę każdy z oscypkiem w łapie (no prawie każdy). Co jakiś czas mijały nas koniki z wózkami pełnymi turystów (chowaj oscypka do kieszeni bo zaśmierdnie). Dotarliśmy do Wodogrzmotów Mickiewicza i tam zatrzymaliśmy się na odetchnięcie. Ze względu na kolano koleżanki (i naszą raczej kiepską kondycję) postanowiliśmy nie iść dalej nad samo Morskie Oko. Zeszliśmy za to do pobliskiego schroniska na żarcie. Na obiad schabowy i smażona kiszona kapucha. Co prawda ziemniaków było co kot napłakał, a kotlet był średnio ciepły - ale i tak wsysłem to nosem.
Skoro się weszło, to trza zleźć; to złaziliśmy. Znów przejeżdżały koniki (chowaj oscypki..) i padał deszcz. W ogóle zresztą nie było dnia bez deszczu.

Wieczór (wódka, piwo) i gra w karty. Tym razem kuku; uprzedzę że graliśmy na "żądania". I tak: koleżanka biegała po całym domku (byli tam bowiem inni turyści oprócz nas) machając łapkami i krzycząc "Jestem piękna!", kolega całował koleżankę w pięty, inna koleżanka szczekała spod stołu, a ja kukałem z szafy ;)

Poniedziałek. Trza wracać. Pobudka dosyć wczesna, śniadanko i pakowanko. Śmieci wygenerowaliśmy raczej sporo, ale je grzecznie popakowaliśmy w worki (ile się dało). A potem do Szczawnicy. W Szczawnicy wjechaliśmy wyciągiem na Polanicę (inną niż przy Morskim Oku), zjechaliśmy torem saneczkowym i zwiewaliśmy pędem, bo dwie burze szły z dwóch stron w naszą stronę :)

Przy okazji zobaczyłem się (krótko) z moimi tamtejszymi przyjaciółmi, zakupiłem oscypki dla swoich domowników oraz napiłem się wstrętnej źródlanej wody.

Droga powrotna była raczej niespecjalna. Zakopianka zapchana i trza było stać w długim korku. Ale nie było nudno - koleżanka za kółkiem podniosła nam cisnienie zagapiając się i prawie wjeżdżając w dupę samochodowi przed nami.. pisk opon przy hamowaniu był raczej donośny. To nie to, że ja siedziałem na miejscu pasażera.. ;) Tyle, że w dalszej drodze raczej uważnie patrzyłem co się dzieje przed nami i pytałem czasem "eeee... hamujesz?"

Do domku dotarliśmy koło 21. Dodam tylko, że mieliśmy ze sobą krótkofalówki i porozumiewaliśmy się między samochodami (jechaliśmy we 2 pojazdy). Ogólnie ubaw był niezły z tym sprzętem ("Roger", "Over n' Out").

Cały wyjazd podsumowując się udał. Drobna sprzeczka z jedną z koleżanek nie przeszkodziła nam; lepiej też chyba poznałem ludzi.. Wypocząłem i cyknąłem parę fajnych fotek. Dziękuję wszystkim za świetną zabawę i ostre towarzystwo!

AddThis Social Bookmark Button