W majowy wekend pojechałem z grupą przyjaciół w górki. Tak gdzieś
pomiędzy Zakopanem a Krościenkiem. A gdzie - nie powiem ;)
Cały wyjazd rozpoczął się w piątek. Droga nasza wiodła przez Kraków..
tak naprawdę chciałem wrócić do Krakowa w dwóch celach: zobaczyć stare
miasto w dzień (bo widziałem tylko późnym wieczorem) i zjeść w
meksykańskiej restauracji. Niestety jeden z nas przerodził się w
straszliwego marudę, co tylko chodził i gadał "no chodźmy jeść i jedźmy
dalej".. wyraźnie było widać, że chce się dorwać do tych 5 litrów wódki
z bagażnika :) Niczego nie zmienia fakt, że był po jakichś 4
piwkach..
Burrito i tacos było pyszne. Na lody jednak nie starczyło nam czasu
(patrz maruda). Jeno co, to udało się cyknąć kilka fotek.
Gdy dotarliśmy wreszcie do celu i rozpakowaliśmy się, nadszedł czas
na usiąście i naplumkanie się piwem. Kto powiedział, że piwo pite
siedząc na podłodze nie smakuje? Przyznać się..
Wieczór, ach wieczór.. butelki z wódką zaczęły pękać jedna za drugą.
Jak się okazało górski klimat nie wszystkim służy do picia (mi na
przykład) i pojawiają się dziwne problemy żołądkowe zabraniające
dalszego picia. Shit.. Mimo wszystko każdy był wcięty, a niektórzy
pijani. Z tego okresu jest spooro zdjęć, nie wszystkie nadające się do
publicznego pokazu ;)
Następnego dnia, koleżanka ubzdurała sobie, że będzie oglądać wschód
Słońca (były chmury i gówno było widać) i pobudziła nas o godzinie 5:05.
Myśleliśmy, że ją rozszarpiemy. Przez calutki dzień każdy jej dogadywał
(typu "no tak, chciałoby mi się teraz łazić, gdyby jakaś *szuja* nie
obudziła mnie o 5). Śniadanie zatem mieliśmy po 6, a o 8 dwóch kumpli
nie nadawało się już do życia (wypili prawie 0.7 wódki). Krótka dżemka i
spacerek. Daleko nie doszliśmy, bo jedna z dziewczyn ma nieco chore
kolano i po prostu nie wytrzymała. Jednakże akurat mijaliśmy przepiękną
polanę (znów fotki!) i na niej się zatrzymaliśmy. Spędziliśmy tam prawie
2h jedząc kanapki, pijąc piwo, niektórzy łażąc po drzewach, a jeszcze
inni puszczając bąki i bekając.
Część z nas (ja i dziewczyny) wróciliśmy do wynajętego domku, a 2 kumpla
zostało sobie jeszcze na polance. Jak się okazało posnęli się (bez
koszulek) a jak wrócili to chyba żaden z nich nie mógł się dotknąć na
brzuchu (na wysokości ok. 1000m npm słonko mocniej doskwiera). Jeden w
ogóle udaru dostał i łaził szczękając zębami; do tego jęczał "tu mnie
boli", "przecież widzisz, że nie mogę się ruszać", "ałałała to boli
bardzo mnie" (patrz maruda) - normalnie 6-latek :D Wieczór spędziliśmy
grając w karty, pijąc piwo i wódkę. Było raczej głośno, bo aż gospodyni
(mieliśmy wynajęte całe piętro) przyszła nas uciszyć...
W niedzielę wstawanie było już raczej normalne. Tego dnia byliśmy
zdolni i zdecydowani udać się gdzieś w góry :) Udaliśmy się na
przystanek busów by podjechać sobie na Polanicę (droga do Morskiego
Oka). Nasz kierowca okazał się być z piekła rodem! Na Polanicę biegł
bowiem prawym pasem korek długi na ponad 5 km. A nasz kierowca
(wrzeszcząc "cego sie pchos!") jechał lewym pasem! Czasami musiał
uciekać na prawy, bo by go z naprzeciwka rozwałkowali - ale on się nawet
policji nie bał; tak tak, policja nas zatrzymała - a on tylko
nawrzeszczał na policjanta.. po czym jak odjechali znów wydarł do przodu
lewym pasem. Najfajniejszy był moment, gdy stojąc na prawym pasie lewym
(w kierunku "pod prąd") minął nas autokar i zaraz za nim inny bus.
Oczywiście niewiele się zastanawiając nasz kierowca zrobił "piiiii" i
ruszył pędem za nimi ;) W ten sposób za autokarem przejechaliśmy chyba z
kilometr! Wynikowo okazało się, że drogę przebyliśmy w 0.5h podczas gdy
średni czas przejazdu innych wynosił ok. 3h :D
Na Polanicy standardowe łażenie po ichnich kramikach i oglądanie
standardowego turystycznego chłamu. Wreszcie kupiliśmy bilety na wejście
do TPN i heja pod górę każdy z oscypkiem w łapie (no prawie każdy). Co
jakiś czas mijały nas koniki z wózkami pełnymi turystów (chowaj oscypka
do kieszeni bo zaśmierdnie). Dotarliśmy do Wodogrzmotów Mickiewicza i
tam zatrzymaliśmy się na odetchnięcie. Ze względu na kolano koleżanki (i
naszą raczej kiepską kondycję) postanowiliśmy nie iść dalej nad samo
Morskie Oko. Zeszliśmy za to do pobliskiego schroniska na żarcie. Na
obiad schabowy i smażona kiszona kapucha. Co prawda ziemniaków było co
kot napłakał, a kotlet był średnio ciepły - ale i tak wsysłem to
nosem.
Skoro się weszło, to trza zleźć; to złaziliśmy. Znów przejeżdżały koniki
(chowaj oscypki..) i padał deszcz. W ogóle zresztą nie było dnia bez
deszczu.
Wieczór (wódka, piwo) i gra w karty. Tym razem kuku; uprzedzę że
graliśmy na "żądania". I tak: koleżanka biegała po całym domku (byli tam
bowiem inni turyści oprócz nas) machając łapkami i krzycząc "Jestem
piękna!", kolega całował koleżankę w pięty, inna koleżanka szczekała
spod stołu, a ja kukałem z szafy ;)
Poniedziałek. Trza wracać. Pobudka dosyć wczesna, śniadanko i
pakowanko. Śmieci wygenerowaliśmy raczej sporo, ale je grzecznie
popakowaliśmy w worki (ile się dało). A potem do Szczawnicy. W
Szczawnicy wjechaliśmy wyciągiem na Polanicę (inną niż przy Morskim
Oku), zjechaliśmy torem saneczkowym i zwiewaliśmy pędem, bo dwie burze
szły z dwóch stron w naszą stronę :)
Przy okazji zobaczyłem się (krótko) z moimi tamtejszymi przyjaciółmi,
zakupiłem oscypki dla swoich domowników oraz napiłem się wstrętnej
źródlanej wody.
Droga powrotna była raczej niespecjalna. Zakopianka zapchana i trza
było stać w długim korku. Ale nie było nudno - koleżanka za kółkiem
podniosła nam cisnienie zagapiając się i prawie wjeżdżając w dupę
samochodowi przed nami.. pisk opon przy hamowaniu był raczej donośny. To
nie to, że ja siedziałem na miejscu pasażera.. ;) Tyle, że w dalszej
drodze raczej uważnie patrzyłem co się dzieje przed nami i pytałem
czasem "eeee... hamujesz?"
Do domku dotarliśmy koło 21. Dodam tylko, że mieliśmy ze sobą
krótkofalówki i porozumiewaliśmy się między samochodami (jechaliśmy we 2
pojazdy). Ogólnie ubaw był niezły z tym sprzętem ("Roger", "Over n'
Out").
Cały wyjazd podsumowując się udał. Drobna sprzeczka z jedną z
koleżanek nie przeszkodziła nam; lepiej też chyba poznałem ludzi..
Wypocząłem i cyknąłem parę fajnych fotek. Dziękuję wszystkim za świetną
zabawę i ostre towarzystwo!